Dwudziestego szóstego listopada o godzinie dziesiątej rano oddałem cumy w Marinie San Miguel na Teneryfie, by użyć ich ponownie dopiero na Karaibach. W zasadzie już dwa dni wcześniej byłem gotowy. Czekałem tylko na idealny wiatr i szczerze mówiąc nie mogłem się doczekać startu. Zmęczyło mnie bieganie za bosmanami, nie kończące się oczekiwanie na dźwig i cholernie długie spacery, do znajdującej się na końcu nabrzeża, jedynej w okolicy kawiarni ze słabym Internetem. Żegnali mnie przyjaciele i polscy żeglarze, którzy akurat zatrzymali się w tym samym porcie. Ruszyłem. Od razu złapałem korzystny wiatr. Był nawet trochę silniejszy niż się spodziewałem. Postawiłem tylko jeden żagiel. czytaj